poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Nr 2. Sprawa gówna.

No kurwica mnie wzięła. I jak wzięła tak nie odpuszcza!

Idę sobie rankiem wczesnym do  roboty. Nie powiem - buciki wypastowane, strój w tonie: "na elegancika", bo dziś ważny dzień. Układam w głowie prezentację, przypominam strategię, rozważam atuty mojego położenia, wyłapuję możliwe potknięcia i nagle, ni z tego, ni z owego, włażę, chodnikiem idąc, tuż obok placu zabaw, w kupę, w psie gówno znaczy się!!!

Jak si do cholery ma w domu dzieciaka w wieku pieluchowym, to się dba, żeby kupka nie była wszędzie, ino w pieluszce, a potem odpowiednio w kontenerze. Jak się ma czworonoga, to powinno być podobnie - jak narobi, sprzątnąć.
Porównanie może kiepskie, ale adekwatne. Wszystko co żyje i zwierzęciem jest sra.

Więc jak już ktoś bierze sobie do opieki psa, mieszkając w dżungli miejskiej, a nie na leśnym ustroniu, to niech ma ze sobą tę jebniętą torebkę na gówienko.

Nie dość, że upierdoliłem buta, to jeszcze nie miałem go jak w trawę wytrzeć. Dodatkowe efekty zapachowe uświadomiły mi, że gdybym zobaczył przed sobą człowieka z psem, który robi... to bym chyba takiego właściciela/ właścicielkę zamordował na miejscu! A czyszczenie buta? - tylko utwierdziło w przekonaniu.

W robocie poszło w porządku i nie mogło być inaczej, tak mnie psie gówno nabuzowało,  tyle, że w drodze powrotnej... to samo! Znów chodniczek, żądnej trawki w okolicy i mój but w roli głównej.

Gdzie jest ta cała straż miejska? Czy ktoś faktycznie egzekwuje przepisy? Na co idą pieniądze z podatków?
Obraz wielkomiejski to nieciągnąca się sraczka. Szkoda, że tak niewielu ludzi to interesuje. 

środa, 23 marca 2011

Nr 1. Milczenie jest złotem.

Powodem pisania tego bloga jest szlag, jaki mnie trafia, średnio raz na godzinę. Debilizm w mediach, idioci dookoła i szambo wylewane na zwykłego obywatela w tym uroczym kraju krzyży, pogrzebów, komisji, cen z kosmosu etc, etc.

Żeby nie było, że nie ostrzegam - mam zamiar siarczyście kląć, jak coś szczególnie wpłynie na moje nastroje. Mam tu na myśli dziurę, od której mój samochód, z czterokołowca, przeistoczy się narodowym spoufalaniem w motorynkę, albo lepiej, motorower. Bądź spotkanie twarzą w z ogrem, który nie dość, że śmierdzi prowincjonałką, tanim winem z kartonu, to śmie jeszcze oczekiwać ode mnie, że określę go mianem istoty ludzkiej.

W czasie, gdy słowa powszechnie uznane za obraźliwe nie będą cisnęły się na klawiaturę, zajmować się będę wyszukiwanie głupoty i absurdu wokół mnie. Przyświeca mi święta reguła:  Ad futurum rei memoriam.


Nr 1. Milczenie jest złotem.
Dziennikarze/ spikerzy/ pogodynki/ ludki z reklam.

Czy ich ktoś uczył dykcji? Nie idzie zrozumieć jednego matoła z drugim, bełkoczą, seplenią (dobrze, że prócz Jurka O. na antenę nie wpuszcza się jąkających). Nie, żadna w tym dyskryminacja! Toż człowiek, który gapi się w telepatrzydło/ wsłuchuje w radioodbiornik nie oczekuje niczego poza możliwością zrozumienia tego, co się do niego mówi. 
To już nawet nie profesjonalizm wyższego rzędu, a niezbędne minimum.  
Słodka idiotka dietetyczka. Pan pogodynek, który przed mapą: "Na Wsosdzie desz". 
Jak siebie kocham, krew mnie zalewa! Wysłać tych wszystkich lansowanych do logopedów na indywidualne uczenie wymowy i do polonistów na lekcje języka polskiego, żeby gramatykę przećwiczyli i poznali synonimy słowa: "zajebiście". 
I za co im płacić? Za wygląd? Na stos Lalusiów. I niech płoną w ogniu piekielnym, niedbaluchy.